|
|
|
| Zanzibar - wyprawa na cynamonową wyspę |
01.12.2004 13:40
| |
Zanzibar jest obok Pemby i Mafii jedną z trzech wysp znajdujących się na Oceanie Indyjskim u wschodnich wybrzeży
równikowej Afryki. Administracyjnie należy do Tanzanii , kraju kolorowych kontrastów, mieszaniny kultur, gdzie
pozostałości kolonialne wschodniego wybrzeża mieszają się z rytmami czarnej Afryki. Turkusowe wody oceanu zalewają
białe piaski koralowej wyspy odkrywając całe bogactwo podmorskiego życia.
Pierwszy raz o Zanzibarze pomyślałam późną jesienią 2001 roku. Za oknem hulał wiatr i lało jak z cebra. Jeżdżąc
palcem po mapie zatrzymałam wzrok gdzieś na równiku afrykańskiego czarnego lądu, marząc o palmach, białym piasku i
ciepłych wodach Oceanu Indyjskiego.Dwa tygodnie później dotarł zamówiony przez internet przewodnik a surfowanie po
sieci w poszukiwaniu informacji zajmowało mi coraz więcej wolnego czasu. Już wtedy wiedziałam, że wyprawa kiedyś
dojdzie do skutku. Sierpień ubiegłego roku wydawał się optymalny, po porze deszczowej czas migracji rekinów
wielorybich wzdłuż wybrzeży Afryki na południe. Plan wyprawy wydawał się być dopięty na ostatni guzik do tego
stopnia, że czasem wydawało mi się że już tam kiedyś byłam. Mieliśmy z Michałem jechać sami , jak zwykle na
rozpoznanie terenu po to aby w przyszłości ze spokojnym sumieniem móc organizować takie wyprawy dla innych. Jest to
nasza żelazna zasada, której nigdy nie łamiemy. Niestety w czerwcu okazało się, że sprawy nowej lokalizacji naszego
centrum nurkowego wzięły górę i zamiast oglądać zachody słońca na Zanzibarze codziennie do późna biegaliśmy po
Warszawie goniąc raz elektryka, raz księgową innym razem siedząc w Castoramie nad próbnikiem z kolorami farb. Nasze
centrum ruszyło pełną parą, sypnęły się szkolenia i wyjazdy z kursantami do Egiptu. Aż któregoś dnia stanęła w
naszych progach Matylda z tajemniczym cudzoziemcem. Po kilku minutach rozmowy okazało się , że Pete jest właścicielem
bazy nurkowej na Zanzibarze. No i ... pomysł wyprawy powrócił. Odkopałam maile sprzed kilku
miesięcy, z Sylwestrowego wyjazdu do Dahab wróciłam wcześniej po to aby kupić bilety z promocji British Airways. Jak
spod ziemi wyskoczyli nasi zaprzyjaźnieni już kursanci i .. o dziwo... nieznajomi klienci też , wpisując się na listę
uczestników wyprawy. 3 marca cała nasza grupa spotkała się na Okęciu.
3/4 marca 2003 - podróż
Świadomość kilkunastogodzinnej podróży trochę nas deprymowała. Najpierw lot do Londynu, 4 godzinne oczekiwanie na
samolot do Dar es Salaam - 10 godzin lotu w nocy. Ale humory dopisywały, każdy myślami był już pod wodą na koralowej
wyspie. W Dar wylądowaliśmy o świcie. Duchotę na lotnisku wdzięcznie tłumaczyła obdarta tabliczka " air conditionning
in process " Dłuższą chwilę zajęło nam odnalezienie firmy w której zaklepany był przelot awionetką na wyspę. Jak spod
ziemi wyrastali przeróżni lokalni "biznesmeni" oferując najtańsze połączenie na Zanzibar, na kolanie wypisujący
pokwitowania za bilet którego nie było . W końcu udało mi się dotrzeć do właściwej osoby i w ciągu kilkunastu minut
maszerowaliśmy już po płycie lotniska do samolotu. 20 minut i lądowanie w Stone Town , gdzie czekał na nas umówiony
wcześniej bus i usmiechnięta Matylda w szortach i .. bez butów. Matylda mieszka na Zanzibarze od kilku miesięcy,
pracując dla bazy Sensation Divers. Pierwszy tydzień spędzić mieliśmy w Nungwi, na północnym krańcu wyspy. Jadąc ok.
50 km przez lasy palmowe i plantacje przypraw dotarliśmy do wioski. Asfaltowa droga dawno się skończyła , wjechaliśmy
pomiędzy gliniane chatki kryte liśćmi palmowymi. Wszyscy niepewni ale podekscytowani zastanawiali się jak wyglądać
będzie miejsce docelowe naszej wielogodzinnej podróży. I nagle kręta droga przez wioskę wyprostowała się i
wjechaliśmy w bajkową scenerię, miejsce jakie wcześniej każdy z nas oglądał tylko na kiczowatych pocztówkach. Turkus
morza był rzeczywiście turkusem, biały piasek wydawał się być nienaturalnie biały jak płatki sniegu tylko
drobniejsze. Wjechaliśmy do turystycznej enklawy, gdzie pomimo widocznej obecności białego człowieka wszystko co nas
otaczało wyglądało egzotycznie i kameralnie - domki, wielki bar na palach na brzegu morza, nasza baza nurkowa w
budynku z gliny w kolorze turkusu, pokryta liśćmi z palmy. Lokalne piwo Kilimanjaro smakowało w dniu przyjazdu
znakomicie. Trud podróży okazał się pestką w porównaniu z nagrodą jaka na nas czekała.
5/6 marca 2003 - nurkowanie na północy wyspy Nungwi
Największą atrakcją Zanzibaru dla nurków jest atol Mnemba. Jest to maleńka koralowa wysepka oddalona półtora
kilometra od północno-wschodniego wybrzeża Zanzibaru, stanowi własność prywatną, dlatego nie można do niej kotwiczyć
i wychodzić na ląd ( chyba że wykupi się pobyt płacąć kilkaset dolarów od osoby za dzień ). Całe szczęście można
nurkować w jej okolicach na koralowych ścianach opadających do kilkudziesięciu metrów w dół. Pierwsze zanurzenie i
znaleźliśmy się w raju. Pomimo gorszej niż zazwyczaj widoczności udało nam się wytropić żółwie, trigger fish,
płaszczki blue spotted i inne mieniące się kolorami ryby koralowe. Hałas i zgiełk Warszawy, emaile , telefony i
problemy z szefem, klientami pozostały daleko, daleko... Kolacja w Nungwi dla mięsożernych europejczyków okazała się
nie lada atrakcją. Za 5-7$ fura smakołyków - każda potrawa z owoców morza jaką można sobie wymarzyć : kalmary,
ośmiornice, krewetki, lobstery i kilka gatunków ryby. Raj dla smakoszy , mięsożerni konserwatyści niestety na
Zanzibarze liczyć mogą jedynie na kurczaki i pizzę. Z informacji praktycznych: piwo lokalne 1$, kieliszek wina 1$,
drinki ok. 3$. Ulubionym trunkiem naszej ekipy stał się lokalny dżin zwany Konyiagi - a zwłszcza jego optymalna
porcja z lodem i limonką - "konyia" i "to the top" Kolejnego dnia o 9tej wyruszyliśmy z Sensation na nurkowisko
Hunga. Poranna organizacja w bazie szła bardzo sprawnie. Niestety znów dość mocno wiało z północy ale pod wodą
trafiliśmy na wielką kolonię barakud, kilka stonefish, crocodilefish i całe chmury-ławice kolorowych ryb koralowych.
Po wyjściu z wody wszyscy prześcigiwali się w komentarzach.
7 marca 2003 - Stone Town
Wyjazd na Zanzibar miał być wyprawą nurkową ale oprócz tego co pod wodą każdy chciał poznać odrobinę lokalnej
kultury, zobaczyć jak i gdzie żyją mieszkańcy wyspy. W końcu miała to być wyprawa pionierska i rozpoznanie całego
terenu a nie wycieczka z Neckermana. Przed nami jeszcze ponad 2 tygodnie. ... Trzeciego dnia pobytu decydujemy się na
podbój Stone Town. Wynajmujemy busa i około południa wyruszamy do miasta. Mile zaskakuje nas fakt, że w cenę najmu
środka transportu wliczony jest lokalny przewodnik. Po pół godzinie jazdy nasz sfatygowany busik łapie "gumę" staje
się to doskonałą okazją do ataku fotograficznego na przypadkową osadę murzyńską i jej mieszkańców. Dzieci wychodzą na
ulicę żeby podglądać niecodziennych gości jednak gdy próbuję się do nich zbliżyć uciekają w popłochu. Kierowca,
przygotowany na każdą krytyczną sytuację szybko uporał się ze zmianą koła i po chwili docieramy już na przedmieścia
Zanzibar Town, głównego i jedynego miasta na wyspie. Nasz przewodnik Ali informuje nas, że najwięcej do zobaczenia
jest w starej portowej części zwanej Kamiennym Miastem ( Stone Town ) . Obserwując wąskie uliczki i okalające je
domostwa szybko dociera do nas dlaczego miasto nosi taką nazwę. Podążając za Alim giniemy w labiryncie uliczek, które
mają od 2 do 3 metrów szerokości i stanowią piesze trakty komunikacyjne. Architektura Stone Town jest jedyna w swoim
rodzaju, stanowi mieszankę kultury arabskiej, indyjskiej, Europejskiej i afrykańskiej. Niezapomnianą wrażenie
pozostawiają w pamięci słynne zanzibarskie drzwi. W starej części miasta jest ich około pięciuset. Często są one
starsze aniżeli budynek do którego prowadzą Z reguły były one pierwszym elementem budowli i stanowiły symbol bogactwa
i statusu społecznego. Solidny drewniany budulec i przepiękne rzeźbienia odzwierciedlają zarówno dogmaty Koranu jak i
indyjskie wyobrażenia o bogactwie i dostatku. Niektóre chronione są metalowymi kolcami , które miały zabezpieczać
domostwo przed atakiem słoni. Podczas naszej wędrówki mijamy House of Wonders - największą budowlę miasta wzniesioną
w 1883 roku jako sułtański pałac, obecnie muzeum, następnie kamienne forty z 1700 roku które chronić miały miasto
przed najazdem portugalczyków. Docieramy na tetniący życiem targ, gdzie kupić można praktycznie wszystko. Większość z
nas wybiera koszyczki z przyprawami jako prezenty i pamiątki charakterystyczne dla tego miejsca. Ostatnim punktem na
trasie pieszej wycieczki jest targ niewolników i pobliska anglikańska katedra. Z targu zachowały się jedynie cele w
których trzymano niewolników przed ich sprzedażą. Na naszej trasie nie zabrakło również kultowej restauracji
Freddiego Mercuryego , który na długo przed powstaniem zespołu Queen mieszkał na Zanzibarze . Po powrocie do Nungwi
, po takim dniu nie mogliśmy odmówić sobie kąpieli w morzu choć już dawno było po zachodzie słońca.
8/9 marca 2003 - panowie , a gdzie kwiatki ?
Kwiatków oczywiście nie było ale nurkowania przez kolejne 2 dni przyniosły masę wrażeń. Zaliczyliśmy kilka miejsc
wokół północnego cypla : Shaines, Mbwangawa, Kichafi oraz oddaloną o ok. 50 min od brzegu rafę Laven Bank, miejsce
gdzie najczęściej spotkać można duże gatunki ryb a nurkowania odbywają się przy ścianie w silnym prądzie. Na to
nurkowanie podzieliliśmy się na 2 grupy. Grupa, nazwijmy ją instruktorsko-divmasterska na głębokości 40 metrów
napotkała silny prąd spychający w dół. Kolejne miejsca olśniły nas kolorytem korali (niespotykany intensywny fiolet
przypominał olbrzymie wrzosowiska),rafa tętniła życiem, napotkane ławice mniejszych gatunków ryb koralowych były tak
olbrzymie, że wpływając w nie na jakiś czas traciło się kontakt z własnym buddy i całą grupą. Muszę przyznać że w
Morzu Czerwonym takich olbrzymich ławic nie spotykałam. Żółwie, kalmary, ośmiornice, mureny pojawiały się jak na
zawołanie. Kilkakrotnie miłą niespodziankę zrobiły nam delfiny, wyskakując znienacka przed dziobem łodzi. W takiej
chwili zamieszanie na pokładzie przypominało niedzielne zakupy w hipermarkecie, każdy z krzykiem na ustach łapał
maskę i płetwy i rzucał się w morską toń goniąc napotkane stadko. O dziwo delfiny na Zanzibarze są bardzo
towarzyskie. Są osobnikami dzikimi i nie obcują z ludźmi zbyt często ale mimo to darzą nas dużym zaufaniem, pozwalają
zbliżyć się nawet na odległość metra. Istnym rarytasem było w tych dniach nurkowanie nocne. Zmrok zapadł już o 18.30.
Po ciemku pokonaliśmy 20 minutową trasę na Chakatuni. Dla nurkujących pierwszy raz nocą dodatkowa adrenalina. Po
zanurzeniu na 20 metrów ruszyliśmy wzdłuż rafy parami starając się nie pływać sobie "po głowach" . To co wypełzło na
żer w nocy zaskoczyło nawet tych z nas, którzy nurkowań nocnych zrobili już wiele. Gigantyczne langusty, kraby,
kalmary, jaskrawo czerwone spanish dancer, pełzające dziwolągi wyglądające jak rozczłonkowany glon, którego nazwy
prawdę powiedziawszy nigdzie nie mogę odnaleźć. Nastroszone lion fish czatowały na swe ofiary trwając nieruchomo,
gdzie niegdzie świeciły oczy krewetek. Aż żal było wychodzić na powierzchnię. Resztę wieczoru spędziliśmy w ulubionym
barze Cholos na plaży, podglądając w aparatach cyfrowych nasze zdobycze z nocnego nurkowania, zdjęcia które w
świetle latarek i fleszy wyszły znakomicie. Swoją drogą wspomniany bar godny jest polecenia. Bar w drewnianym
kadłubie łodzi, z konstrukcją palmowego zadaszenia zbudowany na samym brzegu morza, doskonała muzyka i drinki, na
plaży ognisko wszystko to tworzy atmosferę, do której na pewno chce się powrócić.
10 marca 2003 - jedziemy na południowy-wschód: kierunek Uroa
Nadszedł dzień kiedy zgodnie z planem postanowiliśmy przenieść się na południe. Ponieważ wyspa ma ok. 80 km długości
nie sposób byłoby jeździć na jej południowy kraniec każdego dnia na nurkowanie. Drogi na Zanzibarze są dość dobre ale
niektóre kawałki trzeba pokonywać 20km/h po wertepach i dziurach. Żal było nam ruszać się z Nungwi, w bazie Sensation
Divers czuliśmy się już jak starzy bywalcy. Cholos, plaża i nasza knajpka na palach zastąpiły niektórym bungalowy.
Jednak dusze globtroterów wołały w drogę. Rano Michał przeprowadził jeszcze przy brzegu ćwiczenia kursowe Rescue i
Dive Master ( niektórzy uczestnicy wyprawy kontynuowali swoje szkolenia na wyjeździe ) i około 14tej wyruszyliśmy
busem do hotelu Tamarind na wschodnim wybrzeżu. Do Uroa dojechaliśmy po zmroku i od razu spotkało nas zaskoczenie.
Okazało się że jesteśmy jedynymi gośćmi ośrodka, który ma ok. 40 pokoi w 20 domkach. Co to oznacza? Albo fatalne
warunki albo po prostu niski sezon przed porą deszczową. Jako organizator odetchnęłam z ulgą gdyż okazało się , że
bungalowy są całkiem przyzwoite a restauracja miała gotowy do podania pełen wybór dań z karty. Rano powitał nas widok
przepięknej plaży , gdzie nie było żywej duszy a palmy wdzięcznie pochylały się nad białym piaskiem .
11/12 marca 2003 - Kizimkazi i wschodnie wybrzeże
Nurkowania na południu zorganizowane zostały dla nas przez hotelową bazę sąsiedniego ośrodka Zanzibar Safari Resort.
Prowadzi je para instruktorów z Europy Axel i Karin. Muszę przyznać że panuje tam iście germański porządek. Wszystko
wisi w rządkach według rozmiarów, kolorów, a lokalni pracownicy robią za gości prawie wszystko, włącznie z płukaniem
sprzętu. Zgodnie z wcześniej ustalonym planem oboje przyjechali po nas rano do Tamarind z butlami i balastem.
Dorzuciliśmy im na jeepa jeszcze tylko nasz sprzęt i wyruszyliśmy na południowy kraniec wyspy, pokonując trasę
częściowo drogą asfaltową a dalej skrótem przez las palmowy. Zastanawiałam się czy w porze deszczowej ta droga jest w
ogóle przejezdna. Dziury i wyboje, prędkość w porywach 10 km/h. Na drodze do Kizimkazi znajduje się Jozani Forest -
las tropikalny i rezerwat małp Columbus. Podczas 45 minutowego spaceru oprócz wszechobecnych sympatycznych małpek
spotkać można blisko 50 gatunków motyli, kilkadziesiąt odmian ptaków oraz wielu innych egzotycznych mieszkańców lasu.
Rafy w rejonie Kizimkazi znane są przede wszystkim z niezliczonej ilości dzikich delfinów. Spotyka się je na każdym
nurkowaniu na powierzchni i pod wodą. Dla nas jednak miejsce to pozostanie niezapomnianym również z innego powodu.
Spotkanie z 3 metrowym strzępielem, kilkoma gigantycznymi napoleonami oraz 2 metrowa płaszczka stały się bohaterami
dnia. Widoczność była znakomita, nurkowanie z lekkim prądem wzdłuż 50 metrowej ściany dostarczyło wszystkim masę
emocji. Tego dnia dwie osoby z naszej ekipy postanowiły zakończyć swój pobyt w Tanzanii lądowym safari. Wyruszyli
kolejnego dnia o świcie tak aby ostatnie 2 dni spędzić w parku narodowym Mikumi stosunkowo niedaleko Dar es Salaam.
Następnego dnia przychodzi SMS - " przeżyliśmy atak słoni !" - mam nadzieję, że po powrocie poznamy szczegóły.
13 marca 2003 - słodkie lenistwo w hamakach
Po dwóch dniach pobytu w Tamarind zdecydowaliśmy się na szybką przeprowadzkę. Po rozmowie z managerem pobliskiego
ośrodka okazało się, że wcześniej oferowane ceny są ...chwilowo nieaktualne. Ośrodek stoi pusty. I tak oto nasza
ekipa wylądowała na jakiś czas w luksusach. Basen, klimatyzacja, świeże kwiaty na pościeli na powitanie. Scenariusz
pierwszego dnia pobytu ustalił się jednoznacznie sam. Ważnym argumentem przeprowadzki był też fakt, że tu właśnie
mieściła się baza nurkowa Axela i Karin. Znacznie sprawniej więc wyglądała cała logistyka związana z nurkowaniem.
Tego dnia po raz pierwszy wzięłam do ręki książkę. Leżąc w cieniu palmy na hamaku jednym okiem usiłowałam podglądać
pracujące w morzu kobiety. Podczas odpływu wychodzą one daleko w głąb morza doglądając swoich plantacji glonów muani.
Charakterystyczne rzędy palików giną głęboko pod wodą podczas przypływu. Następnego dnia ich przyrost jest na tyle
duży że niektóre można już zbierać. Nagle z błogiego lenistwa wyrwał mnie dziwny hałas. Nie wiele brakowało by
orzechem kokosowym z palmy miał twarde lądowanie na mojej głowie. Gdzieś wysoko w koronie drzewa, na wysokości ok. 6
metrów siedział sobie wesoły murzynek i oczyszczał palmę z suchych badyli. Chyba zauważył mój niepokój bo po kilku
minutach zręcznie jak małpka zszedł na ziemię i stanął przed nami z dwoma otwartymi orzechami proponując świeży
napój. Dzień był tak leniwy że Michałowi ciężko było namówić kursantów na dalsze zajęcia szkoleniowe. Kompromisem
okazał się wykład w pozycji horyzontalnej na poduchach w dywanowym kąciku koło baru. Dalsza część dnia upłynęła nam
na kontynuacji lenistwa, tym razem w basenie z relatywnie dużą ilością białego wina z lodem, które bardzo pasowało do
temperatury i okoliczności.
14-16 marca 2003 - dalsze nurkowania na wschodnim wybrzeżu
Naszym ulubionym miejscem nurkowym w tym rejonie stały się wschodnie ścianie poniżej półwyspu Ras Michamvi w stronę
Jambiani. Jest to praktycznie jedna rafa , która ciągnie się wzdłuż całego wybrzeża. Z Uroa płynie się tam łodzią
około godziny, pokonując zatokę Chwaka i docierając na najbardziej wysunięte na wschód plaże Zanzibaru. Rano spotyka
nas niemiła niespodzianka. Nasza łódź osiadła na piasku. Axel śmieje się, że to się zdarza i wspólnymi siłami
spychamy łódź na wodę. Jutro pełnia księżyca, odpływ jest tak duży że morze "odpłynęło" o kolejne 50 metrów dalej.
Podczas nurkowań tradycyjnie już trafiamy na delfiny, wielkie strzępiele i napoleony, remory, dorady, spore tuńczyki
i wielkie 1,5 metrowe barakudy. Dla mnie dużą atrakcją były langusty. Ciężko je wypatrzyć bo siedzą sobie zawsze
gdzieś pod skałą. Trzeba bacznie obserwować czy spod rafy nie wystaje gdzieś coś na kształt długiego patyka, który
się rusza. Langusty jakie widziałam miały kremowo-liliowe korpusy wielkości ok. 60-70 cm. Podobna langusta ląduje na
talerzu Andrzeja podczas lunchu kolejnego dnia. Idąc na spacer w wzdłuż plaży odkryliśmy knajpkę, która praktycznie
na co dzień nie istnieje. Trudno wręcz nazwać to knajpką. Jest to Restauracja na zawołanie. Na brzegu morza stoi
kilka stolików, wokół dekoracje z muszli, w głębi domek kryty liśćmi palmowymi w którym zamiast kuchni jest palenisko
a zamiast bieżącej wody baniaki. Słyszeliśmy że jedzenie jest tu rewelacyjne ,trzeba je tylko rano zamówić. Tak tez
się stało. Postanowiliśmy zaryzykować. Na naszych oczach lokalny kucharz oprawiał nam ośmiornicę. 100% egzotyki, 200%
smaku!
17 marca - żegnamy część ekipy
Niestety dla Izy, Kingi i Piotrka był to ostatni dzień pobytu. 18 marca o 6.50 rano odlatywali z powrotem do Dar es
Salaam i dalej przez Londyn do Polski. Tego wieczoru za namową Karin postanowiliśmy przejechać się lokalnym
autobusikiem "dala dala" do innego ośrodka w Chwaka Bay, który znany był w okolicy z rewelacyjnej tajskiej kuchni.
Rekomendacja Karin okazała się trafna a impreza pożegnalna zakończyła się późna nocą przy basenie.
18-20 marca 2003 - znów Nungwi - powrót na północ
Jak wynika z wcześniejszych zapisków, nasza grupa już trochę w okrojonym składzie zdecydowała się rozdzielić na
ostatnie dni pobytu. Andrzej z Tomkiem zostają w Uroa, ja i Michał wracamy do Nungwi. Jesteśmy umówieni z Matyldą,
poza tym na koniec chcieliśmy jeszcze raz zanurkować na Mnembie. Dobrze, że tak się stało bo Mnemba oczarowała nas
ponownie. Warto było tu wrócić. Ostatni dzień upływa nam na spacerze wzdłuż wybrzeża Nungwi. Oglądamy ośrodki do
których może kiedyś uda nam się zawitać ponownie.
21 marca 2003 - THE END
W drugim dniu wojny z Irakiem lądujemy samolotem British Airways w Londynie a w 3 godziny później w Warszawie.
Zanzibar zostaje za nami jak piękny, kolorowy sen. Już myślimy o tym żeby tam wrócić......
Monika Roguska
marzec 2003
|
Bornholm na rowerze
Ten pomysł "chodzi" za mną już jakiś czas. Zwłaszcza, że przed każdym sezonem wakacyjnym do mych uszu i oczu
dochodziły informacje, że wyspa ta to "raj dla rowerzystów". Kiedy więc nadarzyła się okazja, do odwiedzenia tej
wyspy z wysokości rowerowego siodełka, postanowiłem z niej skorzystać.
|
|
 |
| Wybierz kraj: | | | Wybierz autora: | | | Wybierz rok: | | | | | |
| |
|
|